Ocalić od zapomnienia

Gałczyński Konstanty Ildefons

Ile razem dróg przebytych,
ile sciezek przedeptanych,
ile deszczów,ile śniegów,
wiszących nad latarniami,
ile listów,ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu,
i znów upór żeby powstać,
i znów iść i dojść do celu.

Ile w trudzie nieustannym,
wspólnych zmartwień,
wspólnych dążeń,
ile chlebów rozkrajanych,
pocałunków,schodów,książek,
oczy Twe jak piękne świece,
a w sercu źródło promienia,
więc ja chciałabym
Twoje serce ocalić od zapomnienia!

U Twych ramion płaszcz powisa,
krzykliwy,z leśnego ptactwa,
długi przez cały korytarz,
przez podwórze aż gdzie gwiazda Wenus(Mars?!),
a Tyś lot i górność chmurną,
blask wody i kamienia,
chciałabym oczu Twoich chmurność
ocalić od zapomnienia!

7 responses so far

komentarzy 7 do “Ocalić od zapomnienia”

  1. Skoroświton 07 października 2009 at 10:11 1

    zamieszczony tu wiersz Gałczyńskiego “Ocalić od zapomnienia” - to brednie jakieś. To jest tylko tekst piosenki, i jeżeli już koniecznie, powinien być podpisany Grechuta feat. Gałczyński lub coś równie durnego.
    Bo wiersz Gałczyńskiego ma zupełnie inną treść. Odsyłam do tomiku wierszy poety, nie wystarczy słuchać piosenek.

  2. Piciaon 03 stycznia 2010 at 18:03 2

    ej ty Skoroświt to nie jest żadna brednia to jest prawdziwy wiersz ja mam jego tomik to wiem i co z tego że to Grechuta zaśpiewał co? niech sobie śpiewa co chce i to jest tekst piosenki ale również wiersz Gałczyńskiego i jak się nie wiesz to nie pisz bezmózgowcu

  3. tomekon 04 lutego 2010 at 15:49 3

    To jest akurat fragment “Pieśni” Gałczyńskiego, a nie oddzielny wiersz.

  4. Majóweczkaon 14 lipca 2010 at 21:26 4

    Zaczarowana dorożka
    Zaczarowany dorożkarz :)

  5. cynizmuson 22 maja 2011 at 01:17 5

    Tutaj jest wyłącznie Pieśń III . Całość nosi tytuł PIEŚNI:

    Pieśni
    I

    Gdy próg domu przestępujesz.
    To tak jakby noc sierpniowa
    zaszumiala wśród listowia,
    a ty przodem postępujesz.

    A za tobą cienie ptasie,
    szczygieł, gil i inne ptaki.
    Świecisz swiatłem wielorakim
    od sierpniowej nocy jaśniej.

    Bo ty jesteś ornamentem
    na gmachu nocy, jej ksieżycem
    Przesypujesz światła w ręku
    z namaszczeniem jak pszenicę.

    U twych ramion płaszcz powisa
    krzykliwy, z leśnego ptactwa,
    długi przez cały korytarz,
    przez podworze, aż gdzie gwiazda

    Venus. A tyś lot i górność
    chmur, blask wody i kamienia.
    Chciałbym oczu twoich chmurność
    ocalić od zapomnienia.

    II

    Pochylony nad mym stołem
    we wschodzącej zorzy łunie
    ręce twoje opisuję,
    serce twoje opisuję;

    smak twych ust jak morwa cierpki
    i głosu pochmurną słodycz,
    i uszy twe jak wysepku,
    które z dala widział Odys.

    Ten obok jest twoją twarzą,
    ten horyzont, ta akacja.
    Pióro maczam w kałamarzu
    i litery wyprowadzam.

    Niech staną rządek przy rządku
    jak ptaki złote i modre,
    by z najprawdziwszego wątku
    powstał najprawdziwszy portret.

    Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
    szybuje czas bez wytchnienia.
    A ja chciałbym twoje rece
    ocalić od zapomnienia.
    III

    Ile razem dróg przebytych?
    Ile ścieżek przedeptanych?
    Ile deszczów, ile śniegów
    wiszących nad latarniami?

    Ile listów, ile rozstań,
    ciężkich godzin w miastach wielu?
    I znów upór żeby powstać
    i znów iść, i dojść do celu.

    Ile w trudzie nieustannym
    wspólnych zmartwień, wspólnych dążeń?
    Ile chlebow rozkrajanych?
    Pocałunków? Schodów? Książek?

    Ile lat nad strof tworzeniem?
    Ile krzyku w poematy?
    Ile chwil przy Bethovenie?
    Przy Corellim? Przy Scarlattim?

    Twe oczy jak piękne świece,
    a w sercu źródło promienia.
    Więc ja chciałbym twoje serce
    ocalić od zapomnienia.

    IV

    Oto jest nasz dzień codzienny,
    nasze małe budowanie,
    trud uparty i niezmienny,
    nieustanne kształtowanie

    Słońce wschodzi i zachodzi,
    drzewa kwitną, liście ronią,
    my strumień rzeczywistości
    kształtujemy naszą dłonią

    Jesteśmy cząstką w zespole,
    z niego płynie nasza siła -
    żeby chleb leżał na stole,
    a pracom lampa świeciła;

    by czas jak pochodnia płonął
    jednako: dzień czy mgła nocna.
    Stoimy przy życiu, żono,
    jako tkacze przy swych krosnach.

    Z dnia na dzień tkaninę tkamy
    wzorzystą dla pokolenia.
    Chciałbym i blask naszej lampy
    ocalić od zapomnienia.

    V

    Garniemy się do muzyki,
    muzyka to jest nasz festyn,
    kochamy trąbki i smyki,
    obój, klarnet i klawesyn.

    Jest w domu lichtarz nieduży
    z wysoką świecą szkarłatną;
    ona do koncertów służy,
    do dźwięku dodaje światło

    Ty ją zapalasz w godzinie
    muzycznej i płomyk świeci
    w chwili, gdy z głośnika płynie
    Koncert Brandenburski Trzeci.

    Radość jak poważny taniec
    przesuwa swój cień na ścianach
    I pada świecy pełganie
    na twarzy Jana Sebastiana

    Lipski kantor bardzo mile
    uśmiecha się zza oszklenia.
    Chciałbym wszystkie takie chwile
    ocalić od zapomnienia.

    VI

    Nie jesteśmy, by spożywać
    urok świata, ale po to
    by go tworzyć i przetaczać
    przez czasy jak skalę złotą.

    Choćby i po razy tysiąc
    osaczyły nas trudności,
    my idziemy blaskiem bijąc
    w urodę maszyn i roślin.

    W poczekalniach kin srebrzystych,
    gdy zadymka śnieżna bredzi,
    nieraz siadamy strudzeni,
    strudzonych ludzi sąsiedzi.

    Dni i noce nami biegną,
    a my z nimi ku przodowi,
    w trudzie tworząc piękno, piękno,
    które znów służy trudowi.

    Z chmury zwisa śnieg z ukosa,
    twarz twoją w srebro przemienia.
    Chciałbym śnieg na twych włosach
    ocalić od zapomnienia.

    VII

    Cząstka pracy wykonana
    i znów cząstka, i znów ciastka,
    i znów noc, i znów od rana
    do cząstki dodana cząstka

    Słońce serca nam przeszywa
    i biją, wdzięczne blaskowi.
    Rękami pchamy tworzywa
    od bezksztaltu ku kształtowi.

    Kształtami świat zaludniają
    do prac przyłożone dłonie
    Tętnią prace. Tak powstają
    wiersze, domy i symfonie.

    Znów noc. Jak ludzie wysocy
    stoją świerki. Śnieg się sypie.
    Gwiazdy świecą w głębi nocy
    jakby w głębi wielkich skrzypiec.

    A za oknem migotliwie
    Wenus gałąź opromienia.
    Chciałbym i ten błysk na szybie
    ocalić od zapomnienia.

    VIII

    Na moście Poniatowskiego
    wiatr śnieg ukośnie rozkłada
    Na moście Poniatowskiego
    śniegiem kurzy balustrada.

    Latarnia w oczy nas razi,
    ośnieżona do polowy,
    Niewiele ludzi zgromadził
    przystanek autobusowy:

    Tylko nas dwoje. Stoimy
    przy tym przystanku nad rzeką -
    dwoje ludzi w głębi zimy
    jak w głębi lasu białego

    Parę by tu wron postawić,
    tak ze trzy, pośrodku jezdni,
    poobracać je dziobami
    ku sobie, na śniegu gwiezdnym.

    Niechby stały. Wiatr niech wionie
    wzdłuż i chmurom twarze zmienia.
    Chciałbym i te trzy łby wronie
    ocalić od zapomnienia.

    IX

    Piszę ten list, moja droga,
    z leśniczówki, w chwili takiej,
    gdy stoi lampa naftowa
    na pudle od kostek maggi

    W pokoju nie ma nikogo.
    Zmierzch. Zegarek tyka lekko.
    Drzwi się otwarły. Na progu
    staje matka leśniczego.

    Zatroskana, zatroskana,
    cała w cieniach od zgryzoty.
    Mówi: “Znowu prośże pana,
    słychać w chmurach samoloty.

    Ja się, proszę pana, nie znam,
    ale to wielka maszyna.
    Ja wiem, ze to nic, a jednak
    groźny czas się przypomina.”

    Matko, podnieś pięść do góry,
    miliard tych pięści ma ziemia.
    Chciałbym na czole twym chmury
    ocalić od zapomnienia

    X

    Wybaczcie mi, ludzie, jeśli
    w tych pieśniach dałem tak mało,
    ze nie takie niosę pieśni,
    jakie by nieść należało;

    że tyle tu tych piękności,
    ptaków, rożnych pobrzękadeł,
    złocistości, srebrzystości,
    księżyców, Bachów i świateł.

    Cóż, kocham światło. Promieniem,
    jak umiem, wiersze obdzielam.
    O gdym mógł, obym zmienił
    cały świat w jeden kandelabr.

    Myślę, że po to są wiersze,
    ich ruch ku sercu człowieka,
    by szerzej szła, coraz szerzej
    przez kontynenty jutrzenka.

    światłami po wszystkich placach,
    światłami w każdej ulicy,
    ta Eos różanopalca
    z dumną twarzą robotnicy.

    Jesteśmy wpół drogi. Droga
    pędzi z nami bez wytchnienia.
    Chciałbym i mój ślad na drogach
    ocalić od zapomnienia.

    Konstanty Ildefons Gałczyński
    Leśniczówka Pranie, 1953

  6. mikion 01 września 2011 at 17:40 6

    Mam wrażenie, że te piękne słowa Gałczyńskiego w połączeniu z muzyką Grechuty mają coś w sobie wyjątkowego. Słucham tej piosenki i łzy mi płyną z oczu. Cieszę się, że powstają tek piękne, mocne rzeczy. Czekam w tęsknocie na moją ukochaną żonę.
    To wykonanie Grechuty nadaje teksowi Gałczyńskiego niebywałej mocy przekazu, emocji, uczuć! Mam ciarki jak słucham tej piosenki.
    Chciałbym ją zadedykować mojej kochanej żonie i każdemu komu serce bije rytmem tej melodii…

  7. Lenaon 19 listopada 2011 at 10:22 7

    LUDZIE BŁAGAM !!!! PODAJCIE MI SŁOWA WIERSZA PT. “KRÓTKI KURS WYNOSZENIA ŚMIECI “”

Trackback URI | Comments RSS

twoja opinia