Rozmyślania w ogrodzie
Kokot Przemysław
Lata sobie muszka,
Wokół mego uszka.
Ptaszki pod oknem śpiewają,
Rybki w akwarium pływają.
Ja siedzę w pięknym ogrodzie,
I gładzę się po brodzie,
J myślę o Tobie kochana,
Kiedy siądziesz mi na kolana.
Lata sobie muszka,
Wokół mego uszka.
Ptaszki pod oknem śpiewają,
Rybki w akwarium pływają.
Ja siedzę w pięknym ogrodzie,
I gładzę się po brodzie,
J myślę o Tobie kochana,
Kiedy siądziesz mi na kolana.
Zatrzasnąłeś drzwi, nieodwracając oczu,
Pokój pogrążywszy w smutnej otchłani.
Bezpowrotnie odchodząc zostawiłeś za sobą,
Tylko niedopity kubek zimnej wody.
Powiedz czemu chciałeś usłyszeć szelest,
Skrzydeł ptaka lecącego nad Twą głową.
Który przeleciwszy znika bezpowrotnie, jak Ty,
Który nigdy nie zabłądzi - Ty już też nie.
Nie oglądałeś się na nikogo,
Sam odkrywałeś ten lepszy świat,
Lecz wiedz jedno:
Że każdy ma swojego anioła stróża,
W postaci pary oczu drugiego człowieka…
Zgubiłem niewinność, naiwność pozostała mi.
Zgubiłem pragnienia, ostał się tylko strach.
Wodzirej sali przypatruje się wciąż,
W tańczącą grupę zastygłych nimf.
Pragnąłem miłości, zamiast tego dostałem ból.
Pragnąłem radości, ściana smutku stanęła przede mną.
Wspaniałą idyllę zasłonił nam ktoś,
Ciemną kotarę z człowieczych łez.
Zatopiona syrena w zamarzniętym jeziorze,
Zastygłe miasto w morzu ukryte,
I ciemna kamera zawieszona na drzewie,
Obserwujące całe moje życie przebyte.
A co przede mną pozostanie tajemnicą,
Nieotwartą książką spalonych nadziei
Lecz nagle widzę zmierzającą ku mnie,
Muzę wysiadającą z autobusu życia.
To ja jestem wodzirejem…
Wodo.
Lampo.
Cieniu.
Kalendarzu.
Wiaro.
Książko.
Wietrze.
Gitaro.
Dźwięku.
I ty miłości moja,
… módlcie się za nami…
Wspomóżcie cierpiące dusze zagubione,
Wspomnijcie czasem wizyty w domu naszym,
Otwórzcie serca na przejazdy bryczkami,
Niech każdy wsiądzie na wycieczkę z wami.
A wy tak porozrzucane w powietrzu, na ziemi i w niebie,
Połączcie swe wartości, niech każdy ma je dla siebie.
Wspomnij też wietrze i o mnie (wiem, że nie skromnie).
W świecie podwodnych, zatopionych miast,
W przestworzach szybujących jak wolny ptak;
Pierwsza faza zaliczona, co dalej? - nie wiem,
Nieważne, potrzebne, zaliczona i już.
Drugi stopień wyższy, twardszy, bardziej śliski,
Trzeba uważać, żeby się nie pośliznąć i znów nie spaść na pierwszy poziom.
To niemalże Syzyfowa praca - wciąganie swego życia na ogromną górę;
W cieniu zostaje umarły poeta, któremu się nie udało - przegrał,
Lecz walczył do końca.
Pozostał na podeście, niżej spaść nie może, bo tak los chciał
Na razie trudzę się z tym drugim pachołkiem,
Czy wyjdę z wirażu ostrego zakrętu? - Nie wiem…
Na szczęście mam KASK…
W poniedziałek wstałem i zmęczony poszedłem do szkoły.
We wtorek zjadłem płatki z mlekiem i myślałem o Tobie.
No, a w środę toooo się działo…, ale o tym nie napiszę.
W czwartek - to samo co w poniedziałek.
A w piątek wreszcie wolne - marnotrawiłem czas na bzdury.
W sobotę posprzątałem,
Nauczyłem się o rozmnażaniu pierwotniaków i poszedłem spać.
W niedzielę do kościoła - pomodlić się i z powrotem do domu - na obiad.
Szkoda, że to mój tydzień wymyślony na kartce…
Gwałt, zabójstwo, kradzież, oszustwo, rozbój,
Pobicie…, a w niedzielę znowu do kościoła.