'Sokołowski Piotr'

Topiel

Sokołowski Piotr

w nurtach
rzeki zapomnienia
porwany wirem czasu otchłani
brodząc po kolana
wypatruję

tłamsząc w kieszeni nadzieję
jak podróżny przybornik
oczyma szklistymi od płaczu
statek widmo

co zawiedzie mnie na łąki nieznane
ukwiecone makami, wysuszone słońcem
jak ptak wolny odfrunę
radośnie machając skrzydłami
wyzwolony od pętów
beznadziei istnienia

czas w klepsydrze piasek odmierza
z drzew ponownie spadają już liście
tylko cichy szelest zwątpienia
na kawałki mą duszę rozbiera

gdzież są łąki, gdzie pola złocone
czyż to wszystko to marny powidok
a ja tonę, nikt ręki nie poda
tylko otchłań bezdenna mnie woła

No responses yet

Kres

Sokołowski Piotr

życia mego
ciche tchnienie
umiera
zbrukane
jadem nienawiści

dlaczego nasze drogi
krzywizny ścielą i ostre wyboje
kroczymy po nich z podniesioną głową
a krew i cierpienie
znaczy nasze stopy

gdzież jest odkupienie
dane przez proroków
gdzie ich obietnice
i słowa otuchy

czy historia pustym jest bębnieniem
po bezdrożach próżnego czasu

No responses yet

Miłość II

Sokołowski Piotr

serce
kolcem róży przebite
krwawi miłosnym nektarem
wyciekającym donikąd

ból
bezustanne konwulsyjne drżenie
rąk co łapczywie tną powietrze
wypełnione miłością
niczyją

beznadziejne tchnienie
boskiej pleromy
głupie zrządzenie losu
dowcip siły
co tworzy w ślepym
ataku furii

No responses yet

Ciało

Sokołowski Piotr

oczy wypalone
kroplami goryczy
szare od bólu
obrzmiałe powieki
skowyczą jak oszalałe
miotając się bezustannie

dłonie suche i spieczone
puste od martwego dotyku
łaknące ciepła
wyciągnięte bezradnie
wołają głuchą ciszę

stopy spękane żyłami
broczące
w kloace doczesności
obrzmiałe z wysiłku
kroczenia donikąd

serce
puste i martwe
nikomu niepotrzebne
na śmietniku życiu
rzucone wyrokami losu

No responses yet

Odpływ

Sokołowski Piotr

poprzez łąki
ciszy i skupienia
płynie statek samotny
wiatr dmucha bezwładnie
świstem napełniając żagle
latarnia z Faros
w oddali migocze
świat obcy, nieznany

niczym wędrowiec
co szuka schronienia przed burzą
składam ciało swe słabe w podzięce
plugastwo i miłość
zrodzone ziemi
wypełnia me trzewia
jak kiszkę bydlęcą
przemielona trawa

odpływam
na barkach
snu zimnego, próżnego
dźwigam chuć i rozpustę
zaklęte w niepamięć
by rozpłynąć się
jak duch zwiewny
i nigdy nie wrócić

No responses yet

Older Posts »