'Nagle'

Ślepa Uliczka

Idryjan Dawid

Z nikąd niespodziewanie się jawi,
I rodzi tak nagle bezwzględny cel życia.

podświadomości kształty…
matactwa…

Z tajemnicy nutką skromnie się przedstawi,
Wskrzesza się iskra nadziei szansy zdobycia.

zwykłe zjawisko….
samozapłonem…

Czas twardy, bezradności genialnym mnożnikiem,
Nieskończony, żadnej nie poddatny manipulacji.

jedyna perfekcja…
egzystencją…

Choć iloczyn marzeń nie spełni się wynikiem,
Własna wiara sprzyja próbom, te z kolei orientacji.

moje ja…
wartością…

A największą głupotą jest…
spojżeć w lustro chcąc zobaczyć siebie!

guogiell.

No responses yet

Apollo i Marsjasz

Herbert Zbigniew

właściwy pojedynek Apollona
z Marsjaszem
(słuch absolutny
kontra ogromna skala)
odbywa się pod wieczór
gdy jak już wiemy
sędziowie
przyznali zwycięstwo bogu

mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk jego dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

tylko z pozoru
głos Marsjasza
jest monotonny
i składa się z jednej samogłoski
A

w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała

łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci

wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument

teraz do chóru
przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
w zasadzie to samo A
tylko głębsze z dodatkiem rdzy

to już jest ponad wytrzymałość
boga o nerwach z tworzyw sztucznych

żwirową aleją
wysadzaną bukszpanem
odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki - powiedzmy - konkretnej

nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik

odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe

zupełnie

No responses yet

Obrazy snu

Borowski Tadeusz

W przejrzystych oczach powietrza
stać trzeba i patrzeć w twarz
chmurom zwinietym z oddali i krajobrazom nieba
zmienionym jak migot fal, ujęty w kamienne brzegi.
Horyzont rzucony w krąg, brzeg nasycony sino,
rysuje koło ziemi, granicę ludzkim stopom
złudną, kłamiącą spojrzeniu,
bo skraj ostateczny nieba
tu oczom spływa na ziemię
jak wbity w skałę fundament,
tam innym oczom podnosi,
nad czołem wisi sklepieniem
i inny zakreśla krąg. Każdy nasz krok i ruch
łamie okręgi nieba, kolumny wsparte o ziemię,
i mąci bezkarnie oczy powietrza,
zmrużone badawczo.

A może to wszystko jest złudą,
snem jeszcze nie przebudzonym,
w którym dziwadła i kształty,
jak wiatrem na brzeg przygnane,
uchodzą w głąb oczu i straszą, a potem z falą snu
Spływają. Ujęci w brzegi ciała budzimy się nagle
i tylko noc, noc naokół. I wiatr okiennice rwie…

Jeżeli ziemia jest snem, to trzeba dośnić do końca
i sen za życie wziąć, obrazem utkanym z mgły
wierzyć, jak gdyby były wykute z kamienia i brązu,
za rzeczywiste brać kształt i ułamek kształtu,
niedokończenie ruchu, czyjś współurwany głos,
wiszący w powietrzu krok, współprzechylenie piersi,
fragmenty imion i nazw, szczątki roztkanych form,
i trzeba po ścieżkach iść,
choćby powietrzem wiodły,
ufając obrazom kamieni, jakby naprawdę były
ciosanym z piaskowca brukiem,
wbitym w powierzchnię ulic.
Jeżeli ziemia jest snem, to trzeba dośnić do końca
i śnionym powietrzem oddychać,
i miłość i śmierć znać ze snu,
i śnioną orać ziemię, budować nazwy na mgle,
domy, drapacze chmur, nie patrząc,
że lada podmuch
rozkłębi i rozrzuci obrazy nierzeczywiste.
Ostrożnie trzeba iść, by stopą nie zdeptać kształtu,
tręką nie przebić muru, ulic podmuchem nie skłębić
i napowietrznej budowli
nie zwalić silnym oddechem.

Jeżeli ziemia jest snem, to trzeba dośnić do końca,
choć coraz cięższy sen, gdy formy nierealne
kłębi od spodu dmący wiatr i rozwiewa w chmury,
a śnione powietrze uchodzi i staje się coraz bledsze,
i barwy miękną, ciepleją, płowieją jak akwarele,
i coraz trudniej iść, i być aktorem snu.

A kiedy wyrwany jęk ust lub ręki ruch niecierpliwy
rozwieje w połowie sen i dekoracje zburzy -
więc to jest przebudzenie?
Oczom spojrzenia niezwykłym
ziemia porosła rośliną i wyłożona kamieniem
i szare domy czynszowe, jakby sklejone z tektury,
i księżyc wycięty z papieru
na sztucznym schyleniu nieba -
wszystko wyda się snem
lub z płutna zdjętym obrazem.
Ale już walki nie trzeba i bohaterstwa, i wiary
w ziemię, w powietrze i w kamień
i można oddychać szeroko.
Kłamane znów horyzonty,
ślad niewidzialny na ziemi
kreślą okręgi nieba i fundamenty z mgły
półkolem chwytają sklepienie,
które nie wisi nigdzie.
Bezkarnie stopa przekracza kręgi wyryte na ziemi,
przez pczy powietrza brnie, które nie patrzą nigdzie
i są tylko kurzem i pyłem
wplątanym w ostre szczeliny,
w których się łamie słońce i nie trzepocze źrenica…

Gdziekolwiek ziemia jest snem
nie przebudzonym jeszcze,
uwierzyć trzeba w kształt i kochać senny pozór,
na wietrze budować mgłę i wpół nie urwać snu.
Gdziekolwiek ziemia jest snem,
tam trzeba dośnić do końca.

No responses yet

Potępiony 1

Szynter Aneta

Idziesz ulicą,
zadartą głowę masz.
Mijasz się z policją,
śmiejesz się im prosto w twarz.

Kiwasz ramionami,
robisz honorową minę.
Wyróżniasz się między innymi osobami,
przełykasz głośni ślinę.

Ramieniem potrącasz przechodniego,
upadł na chodnik.
Nie robisz z tego nic wielkiego,
bo nierówny to dla ciebie osobnik.

Idziesz dumnie dalej,
głupio pod nosem podgwizdując.
Obok ciebie przejeżdża kolej,
obrzucasz ją spojrzeniem, wzdychając.

Wsiadasz do swojego cudownego auta,
ruszasz przed siebie.
O mały włos potrąciłbyś małego skauta,
nie obchodzi to ciebie.

Nagle zderzyłeś się z ciężarówką,
budzisz się w obcym miejscu.
Lecz nie leżysz pod kroplówką,
odczuwasz ciężar na sercu.

Zauważasz postać świetlistą,
wyciągasz do niej rękę.
Potem widzisz drugą… lecz ognistą,
już dawno wybrałeś jej osobę.

Zaczynasz się bać,
jak dziecko głośno płaczesz.
Postać pierwszą chcesz wybrać,
ale tak naprawdę nie możesz.

Ta druga przysłania cię,
swym ciemnym płaszczem.
Nie masz siły bronić się,
nie osłania cię przed deszczem.

Zasypiasz ponownie,
budzisz się pod czyjąmś bramą.
Ubrania masz pobrudzone,
myślisz - znów jestem sobą.

Idziesz powoli ulicą,
spuszczoną głowę masz.
Mijasz się z policją,
ogarnia cię strach.

Ledwo ruszasz nogami,
robisz smutną minę.
Wyróżniasz się między innymi osobami,
z przerażenia przełykasz ciężko ślinę.

Potrąca cię dumny przechodzień,
upadłeś na chodnik.
Milczysz, uciekasz w cień,
myślisz, co za wredny osobnik.

Obok ciebie przejeżdża kolej,
wyciągasz dziurawą sakiewkę.
Prędko potem biegniesz do niej,
przepuszczasz pierwszą bogatą dziewkę.

Siedzisz sam w przedziale,
inni omijają cię z obrzydzeniem.
Patrzą tylko na ciebie zuchwale,
a ty na nich z przerażeniem.

Niegdyś ty w ten sposób słabszych traktowałeś,
nie miałeś szacunku dla mniejszości.
Dopiero teraz swój błąd zrozumiałeś,
lecz życie nędzarza będziesz wiódł do samej starości.

No responses yet

Czy to ten znak?

Winter Rebeka

Kroki na klatce
strach
Dzwonek do drzwi
ból.
Czy to oni?!
Czy to ten znak?!
Zasnęła, czy śni oczymś co jest lepsze?
Co daje lepszy znak?
Czy o czymś smutne, co radość daje nam?
Nagle słychać krzyk:
- Weroniko otwórz to ja.

No responses yet

Older Posts »